Iwona Błaszak - Maastricht Hotel Management School (Holandia)

Maastricht - małe miasto położone na południu Holandii, zaraz przy granicy z Belgią i Niemcami stało się moim domem przez pięć długich miesięcy. Ze łzami w oczach je opuszczałam i na pewno odwiedzę je znów przy kolejnej wizycie w tej części Europy.

Na początek kilka słów praktycznych – jestem prawdziwą Polką, więc narzekam dużo. Mimo oferowanej pomocy Uczelni w sprawie zakwaterowania, zdecydowałam się na samodzielne wynajęcie pokoju – kontakt z tubylcami, mniejsze koszta, większa swoboda, etc. Pomysł z założenia dobry okazał się trudniejszy do zrealizowania niż przypuszczałam – tak, więc garstka rad dla tych, którzy mają podobny pomysł. Po pierwsze, trudno coś znaleźć. Najlepiej zgłosić się do firmy zajmującej się pośrednictwem (trzeba im zapłacić – około 100 euro, ale w mieście i w gazetach nie ma ogłoszeń) lub poprzez strony internetowe (rejestracja też często jest płatna). Po drugie, pamiętajcie, że pokoje są nieumeblowane (jak dla mnie, przyzwyczajonej do polskich standardów był to szok), więc bez znajomych ze zbędnymi meblami (moja opcja) lub możliwości zakupu używanych mebli (istnieją sklepy z używanymi rzeczami, mebelki można kupić za kilka euro i zapłacić tylko za dowóz). Jednakże mimo wstępnego szoku, udało mi się znaleźć pokoik prawie w centrum, za 100 euro mniej niż w akademiku. Ogólnie trafiłam cudownie! Tanio, nie było problemu z późniejszą zapłatą, kiedy np. czekałam na stypendium (w akademiku trzeba płacić do wyznaczonej daty – jak nie naliczają odsetki), blisko do miasta, choć daleko do szkoły, – ale nie można mieć wszystkiego. Jedynym poważnym problemem była komunikacja z właścicielem, nie mówiącym po angielsku, pomocna okazała się firma pośrednictwa mieszkaniowego i znajomi. Kolejna praktyczna rada, za konto bankowe trzeba niestety płacić! Jest to 11 euro, które odliczają z konta zaraz po pierwszej wpłacie. Jednakże odkryłam, że taniej jest wypłacać pieniążki z polskiego konta niż przesyłać je na holenderskie. Telefon też wydawał mi się drogi – jak się ma Internet można praktycznie z niego zrezygnować (Skype, MSN, Facebook są równie dobrymi i na pewno tańszymi środkami komunikacji). Komunikacja miejska w małym miasteczku też pozostawia wiele do życzenia – nie ma zniżek studenckich (studenci z obywatelstwem holenderskim podróżują za darmo) i jest dość drogo około 2,5 euro za godzinę. Jak ktoś umie jeździć na rowerze – lepiej go sobie kupić. W sklepach używanymi rzeczami ceny balansują od 10 do 50 euro, z możliwością odsprzedania go przed powrotem. Nie jest to duży wydatek, a na pewno ułatwi podróżowanie po mieście (centrum jest zamknięte dla samochodów).

Teraz kilka słów o szkole i zajęciach. Hotelmanagement School Maastricht to prestiżowa szkoła usytuowana na północy miasta. Szkoła jest częścią Hogeschool Zuyd. Proponuje studia licencjacie i magisterskie, dla studentów krajowych jak i międzynarodowych. Dla najlepszych organizowane są półroczne międzynarodowe praktyki (Hong Kong, USA). Więc studenci uczęszczający na zajęcia pochodzi z różnych stron świata – z ogromną przewagą Belgów, Niemców i Chińczyków.

Rok akademicki podzielony jest na 4 moduły. Każdy moduł ma swój numerek i nazwę. Składa się z różnych mniejszych przedmiotów – wykładów i ćwiczeń, które tworzą jedną całość. Warto o tym pamiętać – egzaminy zdaje się 4 razy w roku, po jednym na moduł. Obecność na wszystkich zajęciach jest obowiązkowa! Nie jesteśmy w Polsce! Jak się nie będzie na zajęciach należy wysłać maila – nie trzeba podawać przyczyny, jednakże tylko dwie (nawet usprawiedliwione nieobecności) są dozwolone i dotyczy to całego modułu, a nie jednego typu zajęć. Przy większych trzeba się liczyć z dodatkowymi zadaniami do wykonania. Warto zwrócić uwagę na metodę studiowania, wykorzystywaną na wszystkich uczelniach holenderskich – Problem Based Learning. Grupa otrzymuje zadanie i musi je jak najlepiej wykonać poprzez zdobycie dodatkowych informacji, przygotowanie projektu czy napisanie raportu. Jest to niemały szok dla polskiego studenta, który nie zawsze jest przygotowany do ciężkiej pracy po zajęciach czy pracy w grupach (grupy były zupełnie wymieszane kulturowo, co utrudnia komunikację a zarazem sprawia, że jest to doskonały trening w komunikacji międzykulturowej). Każdy problem jest później omawiany z wszystkimi grupami, a na podstawie zebranych informacji był przeprowadzony egzamin. Kolejną różnicą między polskimi a holenderskimi metodami kształcenia jest ciągła ocena i dążenie do perfekcji. Jest się ocenianym nie tylko przez wykładowców, ale także przez innych studentów. Na początku sprawiało mi to trudność, aby powiedzieć komuś, kogo lubię i z kim spotykam się po zajęciach, że nie wykonuje swojej pracy rzetelnie i że powinien bardziej się przyłożyć. Otrzymywanie, nawet konstruktywnej krytyki, nie jest także przyjemnym doświadczeniem.

]Pierwszy moduł, w jakim uczestniczyłam był modułem dla pierwszego roku – Hotel International. Grupa była mieszana. Zajęcia składały się z wykładów o hotelarstwie, marketingu, etyce i komunikacji międzykulturowej. Ponadto uczestniczyliśmy w PBL, zajęciach z Public Speaking (doskonałe ćwiczenie! Doskonałe zajęcia!). Celem modułu było napisanie raportu, prezentacja i egzamin. Dodatkiem były zajęcia z angielskiego, które polegały na przygotowaniu długiej i bardzo konkretnej prezentacji na wybrany temat. Praca zupełnie samodzielna, choć wykładowca chętnie pomagał studentom. Niestety większość studentów erazmusowych (i nie tylko) nie podołała temu zadaniu i oblała ten przedmiot, co wiązało się z poprawką i przygotowaniem kolejnej prezentacji. Założeniem uczelni jest, bowiem, że poziom angielskiego studentów pierwszego roku jest bardzo wysoki – z prawie doskonałą wymową i nieskazitelną gramatyką; komunikacyjny angielski nie jest wystarczający.

Kolejny moduł to New Business Creation – skierowany dla studentów ostatnich lat. Niestety nie potrafię powiedzieć nic pozytywnego na temat tego modułu. Wykładowca słabo mówił po angielsku. Nie pojawiał się na zajęciach. W założeniu wszyscy chcący wziąć udział w tych zajęciach powinni mieć gruntowną wiedzę z zakresu rachunkowości i marketingu, i wiedzieć jak pisać Business Plan. Kto jej nie ma? Trudno. Nikt nie pomoże. Samodzielna praca i walka z wykładowcami, którzy nie chcieli lub nie mogli pomóc. Ostatecznie wszystko się pomyślnie skończyło, ale kosztowało nas to wieli niepotrzebnego stresu – nie polecam tych zajęć!

No i studenci! Nasza grupa nie była duża – zaledwie siedemnaścioro studentów. Duża grupa z Penn State University i duża grupa z Hiszpanii. Poza tym, dwoje z Finlandii, Rosjanka, Meksykanka i ja, jedyna i pierwsza na Uczelni Polka. Mimo różnic kulturowych staliśmy się dość zgrana paczką. Wspólne imprezy, nauka i gotowanie – drobne rzeczy, które budują długotrwałą przyjaźń. Niestety holenderscy studenci nie byli zbyt chętni do bliższego kontaktu z nami. Za to inni międzynarodowi studenci chętnie spędzali z nami czas i pomagali, kiedy tego potrzebowaliśmy. Uczelni zorganizowała tylko jedno spotkanie dla nas – integracyjne w pierwszym tygodniu zajęć. Wspólnych wyjazdów, organizowanych przez Uczelnie też nie było – mimo wstępnych obietnic i planów. Trudno. Poradziliśmy sobie sami:) Ze łzami w oczach rozjeżdżaliśmy się do domów. Belgię, Niemcy czy Finlandię można łatwo odwiedzić, ale czy kiedykolwiek spotkamy się z przyjaciółmi ze Stanów? Płaczu i uścisków nie było końca. Teraz ważne jest żeby pielęgnować to, co się otrzymało – piękne przyjaźnie! Na szczęście jest Internet i mnóstwo wspólnych zdjęć, i obietnice spotkania.

Iwona Błaszak, II NTiR, Zarządzanie gastronomią i dietetyka

Aktualności

PARTNERZY WSPÓLNIE TWORZYMY JAKOŚĆ

  • Polskie Towarzystwo Ekonomiczne
  • LOGON SA
  • Pojazdy Szynowe PESA Bydgoszcz SA Holding
  • BZWBK
  • Mobica
  • PIT
  • Sunrise System
  • Pracuj.pl
  • Rewital
© 2026 Wyższa Szkoła Gospodarki